Polskie pływanie: tłumy dzieci na basenach, garstka medali na mistrzostwach.
Jeśli ktoś z zewnątrz spojrzałby tylko na to, co dzieje się codziennie na polskich pływalniach, doszedłby do wniosku, że jesteśmy pływackim mocarstwem. Baseny pełne dzieciaków od zerówki po liceum, kolejki na zapisy do sekcji, rodzice odbijający się od zamkniętych drzwi klubów, bo “grupa już pełna”. Pływanie jest dziś jedną z najpopularniejszych aktywności pozaszkolnych w Polsce – i to widać. Problem w tym, że ten tłum na basenie i wyniki reprezentacji seniorskiej to dwa zupełnie różne światy, które coraz trudniej ze sobą połączyć. O siódmej rano, a potem ponownie po południu, niemal w każdym większym mieście w Polsce baseny pękają w szwach.
Kolejka po tor, nie po medal.
Zacznijmy od tego, co każdy trener i każdy rodzic czuje na własnej skórze: brak dostępu do wody. Pływalni w Polsce nie przybywa w tempie, które nadążałoby za popytem, a te, które są, w dużej mierze mają tory zablokowane przez kluby sportowe trenujące młodych zawodników. To nie zarzut wobec klubów – one robią dokładnie to, po co istnieją. Ale efekt jest taki, że dziecko, które chce się po prostu nauczyć pływać albo popływać rekreacyjnie, ma coraz mniej miejsca, bo najlepsze godziny i tory zajmują grupy sportowe. Powstaje paradoks: mamy więcej dzieci w wodzie niż kiedykolwiek, a jednocześnie system fizycznie nie jest w stanie przepuścić przez siebie tej masy w sposób, który realnie przekładałby się na szeroką bazę do selekcji talentów.
Warto przy tym oddać sprawiedliwość kadrze szkoleniowej – polscy trenerzy pływania to w większości ludzie świetnie wykształceni i naprawdę zaangażowani, którzy nierzadko poświęcają basenowi więcej godzin niż wynikałoby to z jakiegokolwiek etatu. Nie brakuje też pieniędzy płynących do klubów – dotacje i granty, z ministerialnych po samorządowe, od lat zasilają działalność sekcji pływackich w całej Polsce, i to wcale nie są kwoty symboliczne. Problem polskiego pływania nie leży więc w braku kompetencji czy w braku finansowania jako takiego – leży w tym, jak te zasoby są rozdysponowane i na co realnie idą.
Zawody, które ktoś inny zrobił na moim pomyśle
Mam w tym temacie własne, dość osobiste doświadczenie. Kilkanaście lat temu przygotowałem kompletny program cyklu darmowych zawodów pływackich – z jasno określonymi celami, grupą docelową i propozycją źródeł finansowania. Wysłałem go do ówczesnego prezesa WMOZP, Pawła Słomińskiego, i doszło nawet do spotkania z zarządem związku. Na spotkaniu nikt specjalnie się tym tematem nie zainteresował – podziękowano, pokiwano głowami, temat utonął.
Jakieś pół roku później wystartował cykl zawodów – tyle że już komercyjnych – organizowany przez AZS AWF Warszawa, którego prezesem był… ten sam Paweł Słomiński. Dziś to jedna z największych i najdroższych imprez pływackich w Polsce, obejmująca zawodników od młodzika po olimpijczyka. Nie twierdzę, że to jeden do jednego mój pomysł w nowym opakowaniu – nie mam na to dowodu poza chronologią zdarzeń. Ale ta chronologia sama w sobie sporo mówi o tym, jak w polskim pływaniu bywa traktowana oddolna inicjatywa: pomysł na coś darmowego i dostępnego dla wszystkich trafia w próżnię, a rok czy dwa później ktoś inny robi z tego biznes.
Juniorzy dowożą, seniorzy zawodzą
Tu robi się ciekawie, bo statystyki nie kłamią – na poziomie juniorskim Polska od lat regularnie przywozi medale z mistrzostw Europy i świata. Młodzi pływacy, którzy jeszcze niedawno startowali w kategoriach juniorskich, potrafili sięgać po krążki mistrzostw świata seniorów. To nie przypadek – to efekt pracy trenerów klubowych i tego, że mimo wszystko jakoś ta selekcja talentów działa.
Tylko że gdzieś między junior a senior coś się urywa. Świeże wyniki z mistrzostw Europy w Paryżu (2026) pokazują to brutalnie: reprezentacja Polski w pływaniu przywiozła 2 medale – złoto Katarzyny Wasick na 50 m stylem dowolnym oraz brąz Justiny Kozan na 400 m stylem zmiennym (4:36,47, również rekord kraju). Dwa medale, dwa rekordy Polski – to niewątpliwie sukcesy indywidualne, warte szacunku. Ale w tabeli medalowej całych mistrzostw (pływanie, skoki, pływanie synchroniczne, wody otwarte) uplasowało to Polskę na 18. miejscu.
Coraz liczniejsza grupa naszych najlepszych talentów szuka ratunku w amerykańskim systemie NCAA. Za oceanem trenują m.in. obie nasze medalistki: Katarzyna Wasick, Justina Kozan, Krzysztof i Michał Chmielewscy, Nikita Sheremet (który trenował w G8, ale nie załatwiono mu polskiego obywatelstwa…) czy Ksawery Masiuk. Amerykańskie uczelnie dają infrastrukturę i rywalizację, których polski system nie jest w stanie zapewnić, choć i to nie zawsze gwarantuje sukces na docelowej imprezie sezonu.
Policzmy to inaczej – na mieszkańca. Przy niespełna 37,6 mln obywateli wychodzi nam statystycznie 1 medal na 18,8 mln Polaków. Dla porównania: Węgry (ok. 9,6 mln mieszkańców) zdobyły 17 medali – 1 na ok. 565 tys. mieszkańców. Włochy, liderzy klasyfikacji, przy 59 mln mieszkańców wywalczyły 41 medali, czyli 1 na 1,44 mln. Holandia to 1 medal na 1,77 mln, Niemcy – 1 na 2,6 mln, Wielka Brytania – 1 na 2,68 mln. Innymi słowy: nawet kraje, które trudno nazwać pływackimi potęgami, radzą sobie na tle liczby mieszkańców kilka, a czasem kilkanaście razy lepiej niż my.
To zestawienie boli bardziej niż samo 18. miejsce, bo pokazuje, że nie chodzi o brak talentu czy zaangażowania na dole piramidy – dzieci w wodzie mamy mnóstwo, a juniorska kadra regularnie udowadnia, że potencjał jest. Chodzi o to, co dzieje się (albo czego nie dzieje się) między junior a senior – czyli o system: dostęp do basenów, ciągłość pracy trenerskiej, finansowanie, ścieżkę przejścia do kadry seniorskiej. Węgrzy i Włosi mają to poukładane. My na razie mamy głównie dobrą wolę i punktowe sukcesy.
Prezes na świeczniku
Od 2021 roku (i drugiej kadencji od 2024) Polskim Związkiem Pływackim kieruje Otylia Jędrzejczak – najbardziej utytułowana polska pływaczka w historii, mistrzyni olimpijska z Aten, wielokrotna mistrzyni świata i Europy. Trudno o lepszą wizytówkę sportową dla związku.
Jednocześnie Jędrzejczak jest też postacią, która regularnie pojawia się w mediach z powodów niezwiązanych bezpośrednio z basenem – od medialnie komentowanego potwierdzenia, że swój dyplom MBA zdobyła na Collegium Humanum, uczelni zamieszanej w głośną aferę handlu dyplomami, po rozmaite wątki życia prywatnego i biznesowego, które regularnie trafiają na czołówki portali plotkarskich bardziej niż sportowych. To nie zmienia jej dorobku sportowego ani nie przekreśla pracy włożonej w odbudowę związku – ale sprawia, że część uwagi, która mogłaby iść w stronę systemowych problemów pływania, ucieka w stronę nagłówków o zupełnie innym charakterze.
Warszawa wciąż czeka na swój basen
Jest jeszcze jedna sprawa, która moim zdaniem powinna spędzać sen z powiek każdemu, kto stoi na czele polskiego pływania: stolica do dziś nie ma typowo sportowej pływalni z pełnym zapleczem – takiej, która pomieściłaby wszystkie warszawskie kluby i jednocześnie dała naszej elicie warunki do trenowania na poziomie, jaki reprezentują. Miasto wielkości Warszawy, z tyloma sekcjami pływackimi i takim zapotrzebowaniem na tory, wciąż układa grafiki na obiektach, które w większości nie były projektowane z myślą o sporcie wyczynowym, tylko o rekreacji czy szkołach.
To nie jest temat, który powinien zostawać na poziomie westchnień trenerów i rodziców – to jest zadanie dla związku i jego prezesa. Skuteczny lobbing na rzecz budowy takiego obiektu w Warszawie – rozmowy z miastem, z ministerstwem, z potencjalnymi sponsorami infrastruktury – to nie miła dodatkowa inicjatywa, tylko jeden z podstawowych obowiązków osoby stojącej na czele PZP. Bez takiego obiektu będziemy w kółko wracać do tego samego problemu: kluby i elita wpychane na te same tory co dzieci uczące się pływać, bo fizycznie nie ma gdzie ich rozdzielić.
W 2026 roku reprezentacja Polski w pływaniu zdobyła na mistrzostwach Europy w Paryżu 2 medale (złoto Katarzyny Wasick na 50 m stylem dowolnym i brąz Justiny Kozan na 400 m stylem zmiennym), co dało 18. miejsce w klasyfikacji medalowej mistrzostw. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców Polska wypada wyraźnie gorzej niż Węgry, Włochy, Holandia, Niemcy czy Wielka Brytania.
Co z tego wynika
Polskie pływanie nie ma problemu z popularnością ani z młodzieżą – ma problem z tym, co dzieje się między basenem osiedlowym a startem na mistrzostwach Europy seniorów. Dzieci jest mnóstwo, torów za mało, a droga od utalentowanego juniora do stabilnego seniora wciąż jest wąskim gardłem, które co roku pochłania część potencjału, jaki widać na mistrzostwach juniorskich. Dopóki to się nie zmieni, będziemy się cieszyć z pojedynczych rekordów Polski i patrzeć, jak inne kraje – niekoniecznie bogatsze czy liczniejsze od nas – regularnie zabierają nam miejsce na podium.
